Work Text:
Leje jak z cebra, on marznie, a banshee wpatruje się w niego niewzruszona.
— Znałeś ryzyko.
— Popełniłem błąd.
— Owszem. Dlaczego więc do mnie przychodzisz po pomoc?
— Bo jesteś moją jedyną nadzieją? — próbuje takiej taktyki.
— Co z tego?
— Lydia, błagam cię! Jest dziesiąta w nocy, niedziela, na żadnej stacji paliw jej nie kupię!
— Hm… Poproś jeszcze raz. Ładniej.
Warczy z irytacji, ale klęka przed nią i pochyla głowę, boleśnie świadomy kobiet nagrywających wszystko zza okna.
— Proszę, pomóż mi.
Chwilę potem dostaje do rąk przedmiot mający uratować mu życie.
— Dziękuję! — krzyczy, odbiegając w stronę domu. Nigdy więcej nie zje ulubionej czekolady ciężarnego męża.
